Dni mijają, nic ze sobą nie niosą. To miasto jest martwe. Jest uśpione. I chociaż śnieg u nas zaczyna topnieć, mam wrażenie, że znalazłam się gdzieś w Dolinie Muminków, zimą, gdzie prawie nikogo nie ma w promieniu kolejnych kilometrów. Co z tego, że jest tu tyle ludzi, wydaje się, że nie istnieją - że są złudzeniem. Prawda jest taka, że im więcej ludzi dookoła ciebie, tym bardziej jesteś samotny.
To się po prostu wydarzyło, nie ma czego analizować. Pokłóciłam się z całym światem - może po prostu do siebie nie pasujemy. Wszystko idzie źle, jak na złość, na przekór. Żeby człowiek przypadkiem nie poczuł się za szczęśliwy. Żeby przypadkiem nie miał za dużo nadziei.
Zastanawiam się, czemu ludzie nie zapadają w sen zimowy. Bo stan, w którym obecnie jestem, przypomina hibernację. O ileż życie byłoby prostsze.Przynajmniej raz do roku, na kilka miesięcy, człowiek mógłby zamknąć oczy i nie patrzeć na to wszystko. Może po tych miesiącach snu byłby trochę odmieniony. Może czułby się lepiej. Może miałaby motywację.
Dziś, cud nad cudy, wyszło u nas słońce. Wyznaję zasadę, żeby nie cieszyć się za wcześnie, bo wtedy zaraz zaczyna padać śnieg.
poniedziałek, 25 marca 2013
poniedziałek, 11 marca 2013
8. Desperate.
Zestresowana. Zmęczona tym wszystkim, koniecznością codziennego zmagania się z samą sobą. Ciężko mi jest wytrzymać. Mówisz: zawsze można się zmienić - ale mówić zawsze jest łatwo. Teraźniejszość mi nie odpowiada, ale kim, do cholery, mam być? Kiedy próbuję wyobrazić sobie inną siebie, osobę, którą chciałabym się stać - mogę tylko powiedzieć NIE WIEM. Nie wiem, kim i jaka chcę być. Idealna? Wymazać wszystkie wady? Dobrze by było, ale wcale tego nie chcę. Stara skóra, jakkolwiek niewygodna, jest dobrze znana i bezpieczna.
Kolejna tabletka od bólu głowy, obgryzione do krwi paznokcie. Zegarek tyka, czekam, sama nie wiem na co. To nie tak miało być. Coś poszło bardzo nie tak.
czwartek, 7 marca 2013
7. Takie tam narzekanie.
Mamy mniej więcej środek tygodnia. Właściwie jest już za środkiem. Czekam na początek weekendu, bo ledwo mogę już wysiedzieć w szkole. Może to za sprawą naszego kochanego przedwiośnia, ludzie wokół łapią choroby, mnie też zaczyna coś brać. Akurat teraz, gdy mam bardzo "ambitne" plany, czyli wziąć się za naukę. Przeleciało już całe sześć miesięcy szkoły, dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że to już tyle. Niezbyt mi się to uśmiecha, ale muszę poprawić się w końcu z matmy i z chemii (ten, kto wprowadził te przedmioty do szkół powinien smażyć się w piekle). Gorzej, że im bardziej próbuję, tym bardziej nic mi nie wchodzi do głowy. Cały ten tydzień wlecze się i nie może się skończyć. Irytuje mnie ostatnio dosłownie wszystko: gdy ktoś łazi w pobliżu, gdy czegoś chce, gdy się odzywa i porusza. Spotkałam się z opinią, że gdy człowieka denerwuje to, że ktoś obok się porusza, to jest niewyspany - może to prawda. Na sto procent prawda. Przysypiam przez cały czas, jak w narkolepsji. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że NIGDY NIE MOGĘ SIĘ WYSPAĆ. Nawet w sobotę, nawet gdy położę się o siódmej i wstanę przed dwunastą w dzień. Kładę się późno, to fakt, bo nigdy nie mogę z niczym zdążyć. Budzę się zwykle bardzo wcześnie rano, za wcześnie i później nie mogę już normalnie spać, budzę się co dziesięć minut. Jeśli próbuję się zdrzemnąć w dzień, to później jest jeszcze gorzej - po przebudzeniu dopada mnie migrena, czego już w ogóle nie rozumiem. Mam jakieś zaburzenia.
Kawa to bzdura. Żeby ożywić się trochę przynajmniej na godzinę, muszę wypić dwie. A później przestaje działać.
A tak z innej beczki: ostatnio spotkałam dawno niewidzianą znajomą. Przyjaźniłyśmy się jeszcze dawno temu, w podstawówce, później wybrałyśmy inne szkoły i nasze drogi się rozeszły. Jak ci ludzie się zmieniają...Koleżanka była zawsze raczej cicha i spokojna, teraz widać, że się zmieniła: jest odważniejsza, ma nowych znajomych...no właśnie, nowych znajomych. To zwykle w nowym środowisku ludzie się zmieniają. W przypadku mojej koleżanki, zmiana wyszła na jej korzyść, chyba tak jest lepiej, chociaż...Gdybym nadal chodziła z nią do jednej klasy pewnie nawet bym tego nie zauważyła. Codzienność zaciera detale. Ludzie przyzwyczajeni do czegoś przestają dostrzegać zachodzące zmiany w ich otoczeniu.
Jak to jest z tymi spotkaniami po latach? Byłam trochę zawiedziona, szczerze mówiąc. Kilka lat milczenia jednak robi swoje. Więzi się zrywają i później nagle nie ma o czym rozmawiać. Grzecznościowe formułki i standardowe pytania. Dziwne, ale choć lubię wspominać, nie lubię takich powrotów do przeszłości. Nie potrafię sobie wyobrazić, że mogłabym próbować odnowić stare znajomości. Wiem, że to byłoby trudne. I czasochłonne. Może nawet sztuczne. Pewnie jestem na to za leniwa...Nie brakuje mi osób, które zostawiłam za sobą. Pewnie wiąże się to z nawykiem patrzenia w przyszłość. W końcu, chyba wszyscy mają ten nawyk. Jest wrodzony.
No właśnie, przyszłość. Muszę coś w końcu zrobić, bo czas przelatuje szybko. Niezauważalnie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)