poniedziałek, 1 lipca 2013

99 Revolutions tour

Początek wakacji mam przecudowny: rozchorowałam się, co w lato wydaje się praktycznie niemożliwe...
W zasadzie, nie mam ochoty na opowiadanie o zakończeniu roku, bo rzygam już moją dawną szkołą - cieszę się, że to już za mną, w końcu.
Mogę powiedzieć tylko tyle, że już nie mam po co żyć - byłam na koncercie Green Day i już chyba nic lepszego mnie nie spotka :P Chyba, że ich następny koncert.

Wiele osób ich wyśmiewa, mówi że to zwykły zespolik, punka w tym ani trochę... Ja kłócić się z tymi opiniami nie zamierzam, ale moim zdaniem o tym, na czym polega "punk" sam słuchacz musi zdecydować. Zawsze uważałam, że nie ma porównania między dawnymi koncertach Green Day a dzisiejszymi, ale jeśli już się pójdzie na ten ich koncert, człowiek już wcale nie jest taki pewny... W każdym razie, to był mój pierwszy "poważny" zespół, zawsze potrafi poprawić mi humor, więc do dziś pozostaje moim ulubionym.

Do Łodzi dojechałam pociągiem, byłam przed czasem, ale już samo bezsensowne łażenie od dworca do Atlas Areny napełniało człowieka durną, bezsensowną radością, radością na sam widok tych wszystkich ludzi w koszulkach GD...Cóż, przynajmniej na mnie tak to działało - u nas naprawę niewiele osób lubi ten zespół. A chociaż nie ciągnie mnie zbyt do ludzi, to znaleźć się wśród tylu osób, które lubią coś, co ty lubisz - to zupełnie inna sprawa. Wydaje mi się, że wszelkie świadome czy nieświadome uprzedzenia znikają na koncertach, człowiek czuje nagłą sympatię do zupełnie obcych ludzi. To jedno z najfajniejszych uczuć, jakich doświadczyłam, poza samym koncertem, oczywiście.

Jako suport grali All Time Low - nigdy ich nie lubiłam, ot taki emo zespolik, pitu pitu, mówiąc wprost. Ale, o dziwo, wypadli nawet w porządku. Nie jakoś specjalnie - zdania o nich nie zmieniłam, ale na żywo to jednak inaczej brzmiało.
O 20:30 (niektóre źródła donoszą, że nawet minutę wcześniej...) wchodzą Billie Joe Armstrong, Mike Dirnt, Tre Cool, Jason White i panowie wspomagający na innych instrumentach. Wszystkim dosłownie odbija.
Co mogę powiedzieć - najlepsze 2 i pół godziny mojego życia. Przeminęło zdecydowanie za szybko... Nawet dziś trudno mi uwierzyć, że byłam tam i mogłam patrzeć na to wszystko. Człowiek czuje wtedy coś w rodzaju bezgranicznego szczęścia i wzruszenia w jednym, ja osobiście byłam też od początku nieco smutna, bo wiedziałam, że to zmierza do końca, że nie będzie trwało wiecznie. Na co dzień takie "połączenie" występuje dużo rzadziej, więc kto kiedykolwiek był na koncercie ulubionego zespołu, ten wie, o czym mówię :)
Trasa zespołu powoli się kończy, mam nadzieję, że wkrótce wydadzą nową płytę i znowu ruszą trasę - w końcu odstęp pomiędzy zakończeniem trasy 21st Century Breakdown a wydaniem nowych płyt nie był aż tak duży. Coś mi mówi, że tym razem nie będziemy musieli czekać przez kolejne osiem lat, nas się nie zapomina :p