Czy ktoś teraz by uwierzył, że zaledwie jedenaście dni temu mieliśmy jeszcze wakacje?...
Nie będę płakać w tym poście nad faktem, że przyszła szkoła, bo wystarczająco narzekałam już na to ze znajomymi, jedyne co mnie dobija, to brak czasu na cokolwiek. Akurat teraz mam o wiele więcej spraw na głowie niż tylko odwalanie prac domowych, w kółko muszę gdzieś jeździć. Chyba wszyscy miewają takie wariackie dni: ledwo człowiek wychodzi ze szkoły, musi już gdzieś lecieć, a potem wraca na wieczór i nagle zaczyna tęsknić za chodzeniem spać po dobranocce (której i tak już nie ma).
A najśmieszniejsze jest to, że choć przez całe wakacje dużo pisałam, to wróciłam do szkoły i nagle okazało się, że nie potrafię (czyt.: nie mam siły) napisać najzwyklejszego streszczenia fragmentu z Dziejów Apostolskich. W efekcie opisałam wóz, który czytał pismo święte, a nawet był urzędnikiem jakiejś tam królowej *.* I to mówi ktoś, kto poszedł na profil humanistyczny...
Jedną z ciekawszych lekcji była ta, na której pewien nauczyciel przekonywał nas, że powinniśmy robić to, co naprawdę chcemy robić w życiu, a nie kierować się tytułami, życzeniami mamusi i tatusia, czymkolwiek innym. Że nawet edukacja nie jest najważniejsza, bo zna osoby bez wykształcenia, ale za to realizujące się i szczęśliwe; bo najważniejsze to być szczęśliwym. W samych tych podniosłych zdaniach nie byłoby nic nadzwyczajnego, nadzwyczajne było to, że ktoś rozmawiał o tym z nami tam, w szkole...
Myślę, że większość ludzi zgodziłaby się z tym wszystkim. Że trzeba spełniać marzenia, i tak dalej. Czasem irytuje mnie tylko jedno: ci, którzy krzyczą WSZYSTKO JEST MOŻLIWE! MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ! Czasem. Bo niekiedy, w przypływie czegoś nie będącego jeszcze optymizmem, ani nie do końca nadzieją, zaczynam w to wierzyć, do czasu kolejnego zawodu. Ale gdy przychodzi co do czego, to tylko puste słowa. Nie zawsze można samemu wziąć los w swoje ręce.
A żeby nie kończyć tak pesymistycznie, wierzę, że spełniają się te mniejsze marzenia, ale przyćmiewają to wszystkie te większe, niespełniające się od lat, no i plany na przyszłość. Człowiek często zapomina o tych małych sukcesach. A wy, co o tym sądzicie?
___________
Proszę o wybaczenie, jeśli pojawiły się jakieś błędy językowe/moje słynne, standardowe lanie wody. A tam, w końcu do tego służy blog.
środa, 11 września 2013
poniedziałek, 1 lipca 2013
99 Revolutions tour
Początek wakacji mam przecudowny: rozchorowałam się, co w lato wydaje się praktycznie niemożliwe...
W zasadzie, nie mam ochoty na opowiadanie o zakończeniu roku, bo rzygam już moją dawną szkołą - cieszę się, że to już za mną, w końcu.
Mogę powiedzieć tylko tyle, że już nie mam po co żyć - byłam na koncercie Green Day i już chyba nic lepszego mnie nie spotka :P Chyba, że ich następny koncert.
Wiele osób ich wyśmiewa, mówi że to zwykły zespolik, punka w tym ani trochę... Ja kłócić się z tymi opiniami nie zamierzam, ale moim zdaniem o tym, na czym polega "punk" sam słuchacz musi zdecydować. Zawsze uważałam, że nie ma porównania między dawnymi koncertach Green Day a dzisiejszymi, ale jeśli już się pójdzie na ten ich koncert, człowiek już wcale nie jest taki pewny... W każdym razie, to był mój pierwszy "poważny" zespół, zawsze potrafi poprawić mi humor, więc do dziś pozostaje moim ulubionym.
Do Łodzi dojechałam pociągiem, byłam przed czasem, ale już samo bezsensowne łażenie od dworca do Atlas Areny napełniało człowieka durną, bezsensowną radością, radością na sam widok tych wszystkich ludzi w koszulkach GD...Cóż, przynajmniej na mnie tak to działało - u nas naprawę niewiele osób lubi ten zespół. A chociaż nie ciągnie mnie zbyt do ludzi, to znaleźć się wśród tylu osób, które lubią coś, co ty lubisz - to zupełnie inna sprawa. Wydaje mi się, że wszelkie świadome czy nieświadome uprzedzenia znikają na koncertach, człowiek czuje nagłą sympatię do zupełnie obcych ludzi. To jedno z najfajniejszych uczuć, jakich doświadczyłam, poza samym koncertem, oczywiście.
Jako suport grali All Time Low - nigdy ich nie lubiłam, ot taki emo zespolik, pitu pitu, mówiąc wprost. Ale, o dziwo, wypadli nawet w porządku. Nie jakoś specjalnie - zdania o nich nie zmieniłam, ale na żywo to jednak inaczej brzmiało.
O 20:30 (niektóre źródła donoszą, że nawet minutę wcześniej...) wchodzą Billie Joe Armstrong, Mike Dirnt, Tre Cool, Jason White i panowie wspomagający na innych instrumentach. Wszystkim dosłownie odbija.
Co mogę powiedzieć - najlepsze 2 i pół godziny mojego życia. Przeminęło zdecydowanie za szybko... Nawet dziś trudno mi uwierzyć, że byłam tam i mogłam patrzeć na to wszystko. Człowiek czuje wtedy coś w rodzaju bezgranicznego szczęścia i wzruszenia w jednym, ja osobiście byłam też od początku nieco smutna, bo wiedziałam, że to zmierza do końca, że nie będzie trwało wiecznie. Na co dzień takie "połączenie" występuje dużo rzadziej, więc kto kiedykolwiek był na koncercie ulubionego zespołu, ten wie, o czym mówię :)
Trasa zespołu powoli się kończy, mam nadzieję, że wkrótce wydadzą nową płytę i znowu ruszą trasę - w końcu odstęp pomiędzy zakończeniem trasy 21st Century Breakdown a wydaniem nowych płyt nie był aż tak duży. Coś mi mówi, że tym razem nie będziemy musieli czekać przez kolejne osiem lat, nas się nie zapomina :p
W zasadzie, nie mam ochoty na opowiadanie o zakończeniu roku, bo rzygam już moją dawną szkołą - cieszę się, że to już za mną, w końcu.
Mogę powiedzieć tylko tyle, że już nie mam po co żyć - byłam na koncercie Green Day i już chyba nic lepszego mnie nie spotka :P Chyba, że ich następny koncert.
Wiele osób ich wyśmiewa, mówi że to zwykły zespolik, punka w tym ani trochę... Ja kłócić się z tymi opiniami nie zamierzam, ale moim zdaniem o tym, na czym polega "punk" sam słuchacz musi zdecydować. Zawsze uważałam, że nie ma porównania między dawnymi koncertach Green Day a dzisiejszymi, ale jeśli już się pójdzie na ten ich koncert, człowiek już wcale nie jest taki pewny... W każdym razie, to był mój pierwszy "poważny" zespół, zawsze potrafi poprawić mi humor, więc do dziś pozostaje moim ulubionym.
Do Łodzi dojechałam pociągiem, byłam przed czasem, ale już samo bezsensowne łażenie od dworca do Atlas Areny napełniało człowieka durną, bezsensowną radością, radością na sam widok tych wszystkich ludzi w koszulkach GD...Cóż, przynajmniej na mnie tak to działało - u nas naprawę niewiele osób lubi ten zespół. A chociaż nie ciągnie mnie zbyt do ludzi, to znaleźć się wśród tylu osób, które lubią coś, co ty lubisz - to zupełnie inna sprawa. Wydaje mi się, że wszelkie świadome czy nieświadome uprzedzenia znikają na koncertach, człowiek czuje nagłą sympatię do zupełnie obcych ludzi. To jedno z najfajniejszych uczuć, jakich doświadczyłam, poza samym koncertem, oczywiście.
Jako suport grali All Time Low - nigdy ich nie lubiłam, ot taki emo zespolik, pitu pitu, mówiąc wprost. Ale, o dziwo, wypadli nawet w porządku. Nie jakoś specjalnie - zdania o nich nie zmieniłam, ale na żywo to jednak inaczej brzmiało.
O 20:30 (niektóre źródła donoszą, że nawet minutę wcześniej...) wchodzą Billie Joe Armstrong, Mike Dirnt, Tre Cool, Jason White i panowie wspomagający na innych instrumentach. Wszystkim dosłownie odbija.
Co mogę powiedzieć - najlepsze 2 i pół godziny mojego życia. Przeminęło zdecydowanie za szybko... Nawet dziś trudno mi uwierzyć, że byłam tam i mogłam patrzeć na to wszystko. Człowiek czuje wtedy coś w rodzaju bezgranicznego szczęścia i wzruszenia w jednym, ja osobiście byłam też od początku nieco smutna, bo wiedziałam, że to zmierza do końca, że nie będzie trwało wiecznie. Na co dzień takie "połączenie" występuje dużo rzadziej, więc kto kiedykolwiek był na koncercie ulubionego zespołu, ten wie, o czym mówię :)
Trasa zespołu powoli się kończy, mam nadzieję, że wkrótce wydadzą nową płytę i znowu ruszą trasę - w końcu odstęp pomiędzy zakończeniem trasy 21st Century Breakdown a wydaniem nowych płyt nie był aż tak duży. Coś mi mówi, że tym razem nie będziemy musieli czekać przez kolejne osiem lat, nas się nie zapomina :p
sobota, 1 czerwca 2013
12. ...
Gloryfikuj swoje ulubione, kultowe pary. Powieś sobie na ścianie Sida i Nancy albo Brada i Angelinę, powieś Marilyn, a wtedy uwierzysz, że prawdziwa, wielka miłość i piękno istnieją naprawdę.
Prowadź pasjonujące rozmowy ze swoimi drogimi znajomymi. Ucz się wszystkiego od sąsiadów.
Słuchaj wszystkiego, co mówią, może mają rację.
Więcej niż połowa ludzi nigdy się nie dowie, kim są, bo nieświadomie albo świadomie uzależniają wszystko od opinii i symboli.
Ci, którzy mówią, że dobrze się czują w swojej skórze, też czasem kłamią.
czwartek, 2 maja 2013
11. Nothing to do, nowhere to go.
Powinien być już koniec roku szkolnego. Egzaminy już zaliczone, nie chcę niczego prorokować, teraz tylko czekać na wyniki. Gorzej, że po weekendzie majowym znowu do szkoły, teraz dla odmiany poprawianie ocen, zaliczanie sprawdzianów itd. W ogóle nie mam teraz głowy do nauki. Za oknem urocza pogoda, a mi nawet na balkon nie chce się wyjść. Wszystkie dni są takie same, czytam, oglądam telewizję albo siedzę w komputerze. Na nic innego nie mam energii. Przyznaję - nędzne i żałosne.
Znacie jakieś dobre filmy na nudę?
sobota, 20 kwietnia 2013
10. It's alright to cry.
Wiecie, co jest najbardziej wkurwiające w facetach? To, że mają niebywałą tendencję do zmieniania się, i to tak, że nie da się ich w ogóle rozpoznać. Któryś powinien napisać o tym książkę, jak oni to robią. Są przecież na świecie ludzie, którzy próbują się zmienić, ale im się to nie udaje. Dzięki takiej książce wiedzieliby, co robić. Sama chętnie kupiłabym coś takiego, może coś w końcu udałoby mi się zrozumieć. Bo jak przychodzi co do czego, to oni wszyscy stają się tacy sami.
Ktoś jeszcze ma wrażenie, że cały ten rok przesypuje się wręcz między palcami? Czekam tylko na te pieprzone egzaminy, żeby mieć je z głowy, nieważne, co będzie. Mogę się założyć, że zasnę w trakcie pisania testu.
poniedziałek, 25 marca 2013
9.Everything falls apart.
Dni mijają, nic ze sobą nie niosą. To miasto jest martwe. Jest uśpione. I chociaż śnieg u nas zaczyna topnieć, mam wrażenie, że znalazłam się gdzieś w Dolinie Muminków, zimą, gdzie prawie nikogo nie ma w promieniu kolejnych kilometrów. Co z tego, że jest tu tyle ludzi, wydaje się, że nie istnieją - że są złudzeniem. Prawda jest taka, że im więcej ludzi dookoła ciebie, tym bardziej jesteś samotny.
To się po prostu wydarzyło, nie ma czego analizować. Pokłóciłam się z całym światem - może po prostu do siebie nie pasujemy. Wszystko idzie źle, jak na złość, na przekór. Żeby człowiek przypadkiem nie poczuł się za szczęśliwy. Żeby przypadkiem nie miał za dużo nadziei.
Zastanawiam się, czemu ludzie nie zapadają w sen zimowy. Bo stan, w którym obecnie jestem, przypomina hibernację. O ileż życie byłoby prostsze.Przynajmniej raz do roku, na kilka miesięcy, człowiek mógłby zamknąć oczy i nie patrzeć na to wszystko. Może po tych miesiącach snu byłby trochę odmieniony. Może czułby się lepiej. Może miałaby motywację.
Dziś, cud nad cudy, wyszło u nas słońce. Wyznaję zasadę, żeby nie cieszyć się za wcześnie, bo wtedy zaraz zaczyna padać śnieg.
To się po prostu wydarzyło, nie ma czego analizować. Pokłóciłam się z całym światem - może po prostu do siebie nie pasujemy. Wszystko idzie źle, jak na złość, na przekór. Żeby człowiek przypadkiem nie poczuł się za szczęśliwy. Żeby przypadkiem nie miał za dużo nadziei.
Zastanawiam się, czemu ludzie nie zapadają w sen zimowy. Bo stan, w którym obecnie jestem, przypomina hibernację. O ileż życie byłoby prostsze.Przynajmniej raz do roku, na kilka miesięcy, człowiek mógłby zamknąć oczy i nie patrzeć na to wszystko. Może po tych miesiącach snu byłby trochę odmieniony. Może czułby się lepiej. Może miałaby motywację.
Dziś, cud nad cudy, wyszło u nas słońce. Wyznaję zasadę, żeby nie cieszyć się za wcześnie, bo wtedy zaraz zaczyna padać śnieg.
poniedziałek, 11 marca 2013
8. Desperate.
Zestresowana. Zmęczona tym wszystkim, koniecznością codziennego zmagania się z samą sobą. Ciężko mi jest wytrzymać. Mówisz: zawsze można się zmienić - ale mówić zawsze jest łatwo. Teraźniejszość mi nie odpowiada, ale kim, do cholery, mam być? Kiedy próbuję wyobrazić sobie inną siebie, osobę, którą chciałabym się stać - mogę tylko powiedzieć NIE WIEM. Nie wiem, kim i jaka chcę być. Idealna? Wymazać wszystkie wady? Dobrze by było, ale wcale tego nie chcę. Stara skóra, jakkolwiek niewygodna, jest dobrze znana i bezpieczna.
Kolejna tabletka od bólu głowy, obgryzione do krwi paznokcie. Zegarek tyka, czekam, sama nie wiem na co. To nie tak miało być. Coś poszło bardzo nie tak.
czwartek, 7 marca 2013
7. Takie tam narzekanie.
Mamy mniej więcej środek tygodnia. Właściwie jest już za środkiem. Czekam na początek weekendu, bo ledwo mogę już wysiedzieć w szkole. Może to za sprawą naszego kochanego przedwiośnia, ludzie wokół łapią choroby, mnie też zaczyna coś brać. Akurat teraz, gdy mam bardzo "ambitne" plany, czyli wziąć się za naukę. Przeleciało już całe sześć miesięcy szkoły, dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że to już tyle. Niezbyt mi się to uśmiecha, ale muszę poprawić się w końcu z matmy i z chemii (ten, kto wprowadził te przedmioty do szkół powinien smażyć się w piekle). Gorzej, że im bardziej próbuję, tym bardziej nic mi nie wchodzi do głowy. Cały ten tydzień wlecze się i nie może się skończyć. Irytuje mnie ostatnio dosłownie wszystko: gdy ktoś łazi w pobliżu, gdy czegoś chce, gdy się odzywa i porusza. Spotkałam się z opinią, że gdy człowieka denerwuje to, że ktoś obok się porusza, to jest niewyspany - może to prawda. Na sto procent prawda. Przysypiam przez cały czas, jak w narkolepsji. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że NIGDY NIE MOGĘ SIĘ WYSPAĆ. Nawet w sobotę, nawet gdy położę się o siódmej i wstanę przed dwunastą w dzień. Kładę się późno, to fakt, bo nigdy nie mogę z niczym zdążyć. Budzę się zwykle bardzo wcześnie rano, za wcześnie i później nie mogę już normalnie spać, budzę się co dziesięć minut. Jeśli próbuję się zdrzemnąć w dzień, to później jest jeszcze gorzej - po przebudzeniu dopada mnie migrena, czego już w ogóle nie rozumiem. Mam jakieś zaburzenia.
Kawa to bzdura. Żeby ożywić się trochę przynajmniej na godzinę, muszę wypić dwie. A później przestaje działać.
A tak z innej beczki: ostatnio spotkałam dawno niewidzianą znajomą. Przyjaźniłyśmy się jeszcze dawno temu, w podstawówce, później wybrałyśmy inne szkoły i nasze drogi się rozeszły. Jak ci ludzie się zmieniają...Koleżanka była zawsze raczej cicha i spokojna, teraz widać, że się zmieniła: jest odważniejsza, ma nowych znajomych...no właśnie, nowych znajomych. To zwykle w nowym środowisku ludzie się zmieniają. W przypadku mojej koleżanki, zmiana wyszła na jej korzyść, chyba tak jest lepiej, chociaż...Gdybym nadal chodziła z nią do jednej klasy pewnie nawet bym tego nie zauważyła. Codzienność zaciera detale. Ludzie przyzwyczajeni do czegoś przestają dostrzegać zachodzące zmiany w ich otoczeniu.
Jak to jest z tymi spotkaniami po latach? Byłam trochę zawiedziona, szczerze mówiąc. Kilka lat milczenia jednak robi swoje. Więzi się zrywają i później nagle nie ma o czym rozmawiać. Grzecznościowe formułki i standardowe pytania. Dziwne, ale choć lubię wspominać, nie lubię takich powrotów do przeszłości. Nie potrafię sobie wyobrazić, że mogłabym próbować odnowić stare znajomości. Wiem, że to byłoby trudne. I czasochłonne. Może nawet sztuczne. Pewnie jestem na to za leniwa...Nie brakuje mi osób, które zostawiłam za sobą. Pewnie wiąże się to z nawykiem patrzenia w przyszłość. W końcu, chyba wszyscy mają ten nawyk. Jest wrodzony.
No właśnie, przyszłość. Muszę coś w końcu zrobić, bo czas przelatuje szybko. Niezauważalnie.
poniedziałek, 25 lutego 2013
6. Road to acceptance
I always waste my time just wondering
What the next man thinks of me
I'll never do exactly what I want
And I'll sculpt my life for your acceptance
To z Road to Acceptance. Pewnie niektórzy nie kojarzą, to piosenka Green Day z ich pierwszej płyty. Chodzi mi to dziś przez cały dzień po głowie, więc pomyślałam: czemu nie, dzisiejszy post będzie właśnie o akceptacji.
Nie trudno zauważyć, że największym lękiem człowieka jest lęk o swój wygląd w oczach innych. O to, co inni o nas myślą, bo jeśli źle, to niedobrze, to strasznie. Lęk o to, czy ktoś przypadkiem czegoś o nas nie powiedział, nie wydał tajemnicy, czy wszyscy się nie dowiedzieli. Nikt nie chce być sam, ale niektórzy naprawdę przesadzają. Większość tak zwanych grup przypomina sekty, ze swoimi zasadami, prawami i obowiązkami, jeśli się ich nie będzie przestrzegać, to stajesz się nikim. Często widuję osoby, którym odbija na punkcie akceptacji i przynależności - jasne, posiadanie przyjaciół jest fajną rzeczą, ale jeśli warunkiem tego jest to, że będziesz przez kolejne lata biegać po sklepach, bo nowy smartfon, bo słuchawki, bo vansy, bo to a tamto - no to tylko współczuć takiej osobie. Ci, którzy dostosowują się do cudzych zainteresowań, przejmują cudze obyczaje, zachowanie, sposób mówienia - właściwie kim jest ta osoba w oczach innych? W oczach swoich "przyjaciół" - kimś, na kim "można polegać", nigdy nie odmówi gdy się ją o coś poprosi, bo wtedy mogłaby wypaść z grupy, tragedia. W oczach zwykłych obserwatorów - pustą kopią bez własnej osobowości.
Inną sprawą jest to, że niewiele ludzi tak naprawdę robi co chce, nie zważając na innych. Zawsze jest ta presja ze strony otoczenia, rodziny, przyjaciół czy przypadkowych, nieznanych ludzi, powstrzymywanie się od czegoś. Trudno jest się nie przejmować - bo świadomość, że inni na nas patrzą i wyrabiają sobie o nas zdanie, nie zawsze pozytywne, istnieje i zawsze będzie istnieć w każdym z nas. Ale przesadzać też nie warto, bo w końcu znajdziemy się w takim punkcie, że będziemy patrzeć w przeszłość i wyrzucać sobie, że nie zrealizowaliśmy planów, gdy mieliśmy okazję. Może to głupio zabrzmi, ale czasem warto zagrać w grę pod tytułem "i co z tego". Wyobraźmy sobie: nakłamaliśmy innym o sobie, żeby coś zataić, ominąć niezręczny temat, bo wiemy, że inni by nas nie zrozumieli albo nawet wyśmiali. Ktoś się dowiedział, przekazał dalej i w teraz mamy problem. No to zaczynamy. Wszyscy dowiedzieli się, że kłamałam. I co z tego? Teraz uważają mnie za kłamcę. I co z tego? Ludzie nie lubią kłamców. I co z tego? Teraz nie będą chcieli mnie znać. I co z tego?
Tak naprawdę nic. Przecież nikt nie umrze z tego powodu.
Nie jest fajnie tracić przyjaciół, ale gdyby przyjaciele byli prawdziwymi przyjaciółmi, daliby ci szansę, wysłuchali. A jeśli odchodzą, nie chcąc słuchać żadnych wyjaśnień, to chyba niezbyt się dobrze sprawdzili jako przyjaciele. Głupi przykład, ale teraz już wiecie, o co mi chodziło.
Jeśli przyjaźń polega na robieniu tych samych rzeczy i zachowywania się tak samo, to chyba jest coś nie tak z tym światem. Nie staram się dyskryminować tych, którzy dopasowują się na siłę, ale myślę, że więcej w oczach innych zyskałyby osoby, które mają coś do powiedzenia, mają swoje zdanie i przy okazji trochę kultury.
____
Pewnie niektórych może przerazić ilość powtórzeń, ale to powtórzenia zamierzone, dla zaznaczenia pewnych rzeczy. Po prostu mam taki styl, niestety :p
What the next man thinks of me
I'll never do exactly what I want
And I'll sculpt my life for your acceptance
To z Road to Acceptance. Pewnie niektórzy nie kojarzą, to piosenka Green Day z ich pierwszej płyty. Chodzi mi to dziś przez cały dzień po głowie, więc pomyślałam: czemu nie, dzisiejszy post będzie właśnie o akceptacji.
Nie trudno zauważyć, że największym lękiem człowieka jest lęk o swój wygląd w oczach innych. O to, co inni o nas myślą, bo jeśli źle, to niedobrze, to strasznie. Lęk o to, czy ktoś przypadkiem czegoś o nas nie powiedział, nie wydał tajemnicy, czy wszyscy się nie dowiedzieli. Nikt nie chce być sam, ale niektórzy naprawdę przesadzają. Większość tak zwanych grup przypomina sekty, ze swoimi zasadami, prawami i obowiązkami, jeśli się ich nie będzie przestrzegać, to stajesz się nikim. Często widuję osoby, którym odbija na punkcie akceptacji i przynależności - jasne, posiadanie przyjaciół jest fajną rzeczą, ale jeśli warunkiem tego jest to, że będziesz przez kolejne lata biegać po sklepach, bo nowy smartfon, bo słuchawki, bo vansy, bo to a tamto - no to tylko współczuć takiej osobie. Ci, którzy dostosowują się do cudzych zainteresowań, przejmują cudze obyczaje, zachowanie, sposób mówienia - właściwie kim jest ta osoba w oczach innych? W oczach swoich "przyjaciół" - kimś, na kim "można polegać", nigdy nie odmówi gdy się ją o coś poprosi, bo wtedy mogłaby wypaść z grupy, tragedia. W oczach zwykłych obserwatorów - pustą kopią bez własnej osobowości.
Inną sprawą jest to, że niewiele ludzi tak naprawdę robi co chce, nie zważając na innych. Zawsze jest ta presja ze strony otoczenia, rodziny, przyjaciół czy przypadkowych, nieznanych ludzi, powstrzymywanie się od czegoś. Trudno jest się nie przejmować - bo świadomość, że inni na nas patrzą i wyrabiają sobie o nas zdanie, nie zawsze pozytywne, istnieje i zawsze będzie istnieć w każdym z nas. Ale przesadzać też nie warto, bo w końcu znajdziemy się w takim punkcie, że będziemy patrzeć w przeszłość i wyrzucać sobie, że nie zrealizowaliśmy planów, gdy mieliśmy okazję. Może to głupio zabrzmi, ale czasem warto zagrać w grę pod tytułem "i co z tego". Wyobraźmy sobie: nakłamaliśmy innym o sobie, żeby coś zataić, ominąć niezręczny temat, bo wiemy, że inni by nas nie zrozumieli albo nawet wyśmiali. Ktoś się dowiedział, przekazał dalej i w teraz mamy problem. No to zaczynamy. Wszyscy dowiedzieli się, że kłamałam. I co z tego? Teraz uważają mnie za kłamcę. I co z tego? Ludzie nie lubią kłamców. I co z tego? Teraz nie będą chcieli mnie znać. I co z tego?
Tak naprawdę nic. Przecież nikt nie umrze z tego powodu.
Nie jest fajnie tracić przyjaciół, ale gdyby przyjaciele byli prawdziwymi przyjaciółmi, daliby ci szansę, wysłuchali. A jeśli odchodzą, nie chcąc słuchać żadnych wyjaśnień, to chyba niezbyt się dobrze sprawdzili jako przyjaciele. Głupi przykład, ale teraz już wiecie, o co mi chodziło.
Jeśli przyjaźń polega na robieniu tych samych rzeczy i zachowywania się tak samo, to chyba jest coś nie tak z tym światem. Nie staram się dyskryminować tych, którzy dopasowują się na siłę, ale myślę, że więcej w oczach innych zyskałyby osoby, które mają coś do powiedzenia, mają swoje zdanie i przy okazji trochę kultury.
____
Pewnie niektórych może przerazić ilość powtórzeń, ale to powtórzenia zamierzone, dla zaznaczenia pewnych rzeczy. Po prostu mam taki styl, niestety :p
wtorek, 19 lutego 2013
5. Lepiej jest żałować tego, co zrobiłeś niż...
Uwaga, dzisiejszy post będzie raczej jednym z tych depresyjnych i pełnych narzekań. Jeśli ktoś uważa takie rzeczy za beznadziejne, od razu uprzedzam, żeby oszczędzić cierpień. Jeśli jednak lubicie zaczytywać się w bzdurach i nieprzemyślanych zdaniach, zapraszam do lektury.
Człowiek tak naprawdę mało jeszcze wie. Czasem nawet nie wie, czego chce i do czego dąży. Uczy się każdego dnia, metodą prób i błędów, czasem samych błędów, czasem uczy się jedynie jak coś spieprzyć, a nie uczy się, jak tego nie powtarzać. Czasem jesteśmy zaślepieni i naiwni. Czasem sami jesteśmy przyczyną tego, że wszystko jest takie skomplikowane. Czasem mają na to wpływ inni i nic nie można na to poradzić. Życie wciąż rzuca pod nogi jakieś kłody, po dziesięciu latach wciąż żałujemy, że nie ominęliśmy ich w odpowiednim momencie.
Znacie to powiedzenie, że lepiej jest żałować tego, co zrobiłeś niż czego nie zrobiłeś? Ogólnie, zgadzałam się z nim i w jego myśl zrobiłam coś głupiego. Wyszło, o ironio, odwrotnie. Od tego wydarzenia minęło już dużo czasu, ale czasem wciąż nawiedzają mnie myśli, jaka byłam wtedy głupia.
Istnieje tylko przyszłość - tak podobno trzeba myśleć, trzeba działać, bo życie ucieka. Łatwo jest wypowiedzieć w myślach te kilka zdań, trudniej jest postępować tak, jak nakazują. Właściwie, nie trafiło mi się najgorzej, na pewno moje życie nie jest tragiczne. Jednak bywa irytujące i beznadziejne. Nie potrafię zaakceptować wielu rzeczy. Czasem myślę, że gdyby moja postawa wobec wszystkiego była obojętna, a ja zachowywałabym się jak moje znajome ze szkoły, byłoby o wiele łatwiej. Trudno jest tak po prostu się nie przejmować. Wiadomo, problemy są, zawsze były i będą, problemy w rodzinie na przykład. W wielu kwestiach nie mogę nic zrobić. Mogę tylko siedzieć i patrzeć, jak wszystko rozpada się na kawałki. Mogę się zastanawiać, po co to wszystko, jaki to ma sens, choć i tak zwykle nie znajduję odpowiedzi.
Dlaczego o tym piszę? O wiele łatwiej jest o czymś napisać niż powiedzieć. I o czasem o wiele łatwiej jest nawiązać kontakt z osobami z sieci, których nigdy się na oczy nie widziało. Tak, muszę przyznać, że dzisiejszy post jest w pewnym sensie terapeutyczny, pisząc o tym wszystkim można doznać czegoś w rodzaju oczyszczenia.
Pewnie znacie to uczucie, gdy wasi przyjaciele zawodzą. Mnie zawiedli już dawno, jakieś cztery lata temu i od tej pory jakoś nie znalazłam nikogo na ich miejsce. Kiedyś nie mogłam tego zrozumieć, że tak po prostu mnie olali, dziś nie robi to już na mnie żadnego wrażenia, pozostały tylko zdjęcia, które nic nie znaczą. Dziś, bez nich, czuję się jednak szczęśliwsza. Wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale cała przyjaźń polegała na śmianiu się z tych samych rzeczy. Później cały śmiech był już tylko wymuszony, a w końcu nie było już się z czego śmiać i wszystko się skończyło. Nie było żadnych kłótni, po prostu w pewnym momencie uświadomili sobie, że beze mnie jest lepiej. Dziś już tego nie żałuję, wiem, że tak jest lepiej. Jedyne, czego żałuję, to czas który zmarnowałam na granie i zmuszanie się do sztucznych uśmiechów.
Wiele rzeczy nie wyszło, pamiętam wszystkie moje porażki. Wiem, że to głupie - rozpamiętywanie niczego nie da, tym bardziej, że jedyną osobą, która o nich pamięta, jestem ja. Muszę się w końcu podnieść i zacząć coś robić, bo inaczej zwariuję.
czwartek, 14 lutego 2013
4. Dziewczyna sobie z tym nie poradzi...
Czasami denerwuje mnie pozycja kobiet w hierarchii tego świata, sposób, w jaki się je traktuje i jak się o nich myśli. Nie mówię tego jako jakaś zapalona feministka - taka, co wychodzi na ulicę z transparentami i protestuje, i stara się przekonać wszystkie kobiety, by przestały gotować i zajmować się dziećmi. Takie manifestacje są, szczerze mówiąc, żałosne. Chcesz być niezależna - w porządku, miej swoje poglądy i nimi się kieruj, ale nie staraj się zmieniać całego świata wbrew jego woli. Nie, po prostu mówię to jako obserwator. Wychowałam się wśród seksistów, znam nawet jednego mizogina. W jego przypadku, kobiety są określane jako "głupie p...głupie k..." i tak dalej, ale to już inny przypadek. Nie trzeba daleko szukać, by odnaleźć męskich szowinistów - większość nawet nie zdaje sobie sprawy, że można by ich określić takim mianem. A to z powodu stereotypowego myślenia, słów zasłyszanych od ojca czy starszych kolegów. Przejmują ten sposób myślenia i mają zakodowane w głowie, że tak jest w porządku. Prosty przykład: kobieta i jej kariera zawodowa. Ktoś z twoich znajomych interesuje się od dawna piłką nożną i chce grać w profesjonalnym klubie? Od razu ją wyśmieją. Bo nie wiadomo jak dobra by nie była, to zostanie wyśmiana dla zasady, "bo to przecież baba". No i choćby te wszechobecne, wyświechtane komunały, na przykład "baba to sobie nie poradzi". Może i fakt, nie każda dziewczyna potrafi coś przykręcić, naprawić, zamontować, ale z drugiej strony - mnóstwo czynności, które dla niej są drobnostką, dla mężczyzny będą zadaniem nie do wykonania. Panuje przeświadczenie, że baba to głupsza, że nie warto z nią rozmawiać na poważne, że z niczym sobie nie poradzi. Ale to nie tylko o to chodzi. Ile kobiet rocznie zostaje zgwałconych i nic się z tym nie robi? Każdy znajdzie jakieś wytłumaczenie, "jej to się podobało", "było się tak nie ubierać". Bez przesady, nie mówię, że sukienki bardziej odkrywające wszystko niż zasłaniające są czymś cudownym i genialnym, ale zwykłą mini o rozsądnej długości każdy ma prawo nosić. To żadne usprawiedliwienie. Jeśli ktoś będzie miał taki kaprys, zgwałci także i zakonnicę. W niektórych krajach gwałt jest czymś codziennym i zwykłym, nikt się tym nie przejmuje. Kobiety są wciąż w wielu z nich traktowane jak niewolnice. A podobno żyjemy na w miarę ucywilizowanej planecie.
Broń Boże któraś zaprotestuje, broń Boże któraś okaże się inteligentniejsza. Kobiety nadal są traktowane z rezerwą w każdym środowisku. Ale one nie powinny wypowiadać swojego zdania przed kamerami. Powinny siedzieć cicho i robić, co im się każe. Podajmy głupi, prosty przykład - kobiety grające rocka nadal są uznawane za coś dziwnego (przez co niektórych). W tych czasach ludzie chyba już nie powinni się czemuś takiemu dziwić...
Ludzie, żyjemy w XXI wieku. Nie mówię, że wszystkie kobiety powinny się nagle zbuntować, a faceci zacząć gotować i rodzić dzieci, ale tu chodzi o zmianę myślenia. Może co niektórzy powinni zastanowić się przez chwilę i zamiast tylko narzędzia do rozmnażania dostrzec w kobiecie przyjaciela, kogoś, z kim można porozmawiać o wszystkim, kogoś nie odbiegającego inteligencją, kogoś równego.
PS Walentynki u nas w szkole wyglądały uroczo. Funkcjonuje u nas poczta walentynkowa, w tym roku nie można zaklejać kopert. Listy są fachowo "poddawane cenzurze", to znaczy przeglądane w poszukiwaniu treści wulgarnych...Poza tym, nauczyciele wymyślili sobie, żebyśmy przyszli w jakimś czerwonym elemencie ubioru. Coś jak powrót do przedszkola...
piątek, 8 lutego 2013
3. Trochę o tym, co wkurza w innych ludziach
Co jest najbardziej wkurzające w ludziach? Trudno dać jedną odpowiedź, bo nasuwa się wiele przykładów. Głupota, brak empatii, okrucieństwo, chorobliwa ciekawość o życie innych, egoizm, bezmyślne dążenie po trupach do celu. Mnie chyba najbardziej irytuje w rodzaju ludzkim jego zakłamanie. Albo "granie ofiar". Kto nie zna choćby jednej takiej osoby? Na każdym kroku udają pokrzywdzonych, stłamszonych, zmęczonych, umordowanych, zgnębionych, bez chwili wytchnienia, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Snują się z różańcem w dłoni, snują się po domu jak duchy, jak dusze potępione, wzdychają demonstracyjnie,żeby ciebie wpędzić w poczucie winy. Ale gdy próbujesz pomóc, proponujesz, że wyręczysz, albo mówisz, żeby ten ktoś nie brał sobie tyle na głowę - a gdzie tam, nie, nie trzeba, nie trzeba, przecież trzeba mieć później powód, żeby później coś insynuować, robić komuś nieme wyrzuty sumienia. Wiecznie cię o coś oskarżą, nawet, gdy nie mają racji. A tylko im spróbuj powiedzieć otwarcie, że to cię doprowadza do szału, to będą patrzeć załzawionymi oczami, czego ty ode mnie chcesz. No i jak tu z takim porozmawiać? Ręce człowiekowi opadają.
Udawać można wszędzie, a wręcz należy, tak się już przyjęło. Ile razy napatrzyłam się na znajomych albo zupełnie obce osoby, ich sposób wyrażania się, nie wiem, potrafię wyczuć kłamstwo. Może dlatego, że ja też często kłamię. Może nie opowiadam wszystkim o nieistniejącym chłopaku, którego poznałam podczas jakże romantycznych wakacji albo o tym, że za rok, ach, pojedziemy do Egiptu, albo że słucham Nicki Minaj, albo że uważam, że Conversy są świetne, cudowne, mam pięćdziesiąt par (tak a propos, moja szkoła jest zacofana i według wszystkich o twoim poziomie i stopniu "zajebistości" świadczy to, czy masz Conversy, Nike albo bluzę z adidasa...). Zazwyczaj kłamię, gdy chcę się z czegoś wykręcić, w niezręcznej sytuacji. Bo jak w dzisiejszych czasach powiedzieć komuś "nie, nie chcę cię słuchać, nie przyjdę, bo nie chcę, nie lubię tego czy tamtego"? Kiedyś tak potrafiłam robić i chyba czułam się z tym zdecydowanie lepiej. Ale ludzie nie lubią szczerości. To kwestia tego, że niektórzy mają odmienne zdanie. Ludzie, którzy mnie otaczają, są do znudzenia tacy sami, powtarzają bez przerwy powtarzane słowa i opinie. Jeśli, nie daj Boże, powiesz im, co o tym myślisz, to uznają cię za antychrysta czy coś i nie ma już rozmowy. Dlatego, zawsze wolę przeczekać, wysłuchać, co mają do powiedzenia, a potem zmyć się pod byle pretekstem, ale nie próbuję walczyć z tym kimś na argumenty, bo to po prostu nie ma sensu. Nie wiem, ktoś powie, że jestem nietolerancyjna, niedobra, wszystko sobie wyolbrzymiam i wiecznie na wszystko narzekam, ale taka jest prawda. Są ludzie, których po prostu nie da się znieść.
Najbardziej irytujący są chyba jednak ludzie, którzy udają przed kimś całkowite swoje przeciwieństwo. Na przykład, gdy przyjeżdża jakiś gość, będą wyłazili ze skóry, żeby zrobić dobre, świetne wrażenie, żeby być w oczach innych mądrym, sympatycznym człowiekiem. Tymczasem na co dzień są zwykłymi egoistami, chamami, rasistami czy seksistami, drą się na innych bez powodu...szkoda gadać, zresztą. Tak, to dobrze, że stać ich na teatr przed gośćmi czy znajomymi, gorzej byłoby, gdyby pokazywali przed nimi swoje prawdziwe oblicze. Ale dla tego, kto ich zna, jest to tak sztuczne, tak żałosne, ale goście niczego nie wiedzą, a żeby było jeszcze śmieszniej, dają się złapać, nabierają przekonania, że tamci są bardzo miłymi, cudownymi ludźmi. Tylko dlaczego oni nie mogą być tacy na co dzień? Dlaczego nie mogą zdobyć się na ten teatr przed swoją rodziną? To idiotyczne, że rodzina jest traktowana jako coś podrzędnego i pospolitego, przed czym można obnażać swoje zatrute wnętrze, bo to w końcu tylko rodzina, ale przed obcymi to już trzeba być miłym i uroczym. A rodzina to przecież też ludzie. Szkoda, że wiele osób tego nie zauważa.
czwartek, 31 stycznia 2013
2. Przyspieszenie czasu?
Mam wrażenie, że przespałam ostatnie trzy, cztery lata. Nie wiem, dlaczego. Wydaje się, że 2010 był tak niedawno. I to dotyczy tylko ostatnich lat, wcześniejsze biegły albo powoli, albo całkiem normalnie. Niby nic się wtedy szczególnego nie działo, ale ten czas leci jakoś...za szybko. Też macie takie wrażenie? Ech, to chyba kwestia tego, że się starzeję ;) Dziwne, z wiekiem człowiek powinien rozumieć coraz więcej rzeczy, a mi z wiekiem wszystko wydaje się coraz bardziej bezsensowne. Prawda jest taka, że we mnie chyba wciąż siedzi dziecko. Wszystko wokół to tylko obudowa.
28.05 - Mudhoney - Warszawa,
18.06 - Green Day, Łódź.
2013 zaczyna się nawet nieźle. Jak dotąd.
niedziela, 27 stycznia 2013
1. Światełko.
Nie wiem, jak to zacząć. Wszystko musi mieć swój początek i koniec, no tak, nie mogę zacząć od środka. Słowa wyparowują, rozwiewa je wiatr. Myśli giną bezprowrotnie, wspomnienia się zacierają. Pozostają jedynie wyblakłe wizje tego, co było i już nie powróci. Reszta jest tylko imitacją, słońce już nie świeci tak, jak kiedyś, a niebo nie jest takie niebieskie. Twarze się rozmywają we mgle, starzeją się, przychodzą i odchodzą, za każdym razem inne, tylko starają się stwarzać pozór powtarzalności i niezmienności. Wszystko przywołuje niechciane myśli, bo przecież nie warto wracać do tego, co było, istnieje tylko przyszłość.
Jak zwykle staję w miejscu, nie wiem, co zrobić, co powiedzieć, w którą stronę iść. Brakuje mi tylko rumieńców, białej sukienki i lśniących bucików.
Gdzieś tam, na końcu tunelu, migocze światełko, idziemy w jego stronę, trzymamy się za ręce, gubimy we mgle. Światełko na końcu nie wydaje się wcale aż tak jasne, jak oczekiwaliśmy, ale możemy udawać, że jest inaczej.
Zaczynam się przyzwyczajać to tego, że nic już nie jest pewne. Przewidywalne i nieznajome zarazem.
Mogę uprzeć się i próbować wziąć sprawy w swoje ręce. Mogę mieć ślepą nadzieję. Mogę próbować stanąć po tej jasnej stronie. Mogę oszukiwać samą siebie.
Mylę kroki, przewracam się, tłukę kolana, podnoszę się i znów idę, z plastrami na kolanach.
Idę, nie wiem, w którą stronę, ale idę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



